Zupełnie zapomniałam, że nie umieściłam tutaj epilogu tego opowiadania, ale cóż, drodzy czytelnicy, nie wypominając, ostatnio było jakoś skąpo z komentarzami. Może z okazji publikacji zakończenia ktoś sobie przypomni o „Isengardzie"?

Dziękuję wszystkim, którzy zostawili po sobie ślad pod tym tekstem. Na razie piszę „koniec", ale nie wiem czy będzie to taki koniec ostateczny, bo jakiś czas temu zaczęłam pisać coś na kształt kontynuacji. Co prawda z moją Weną nigdy nic nie wiadomo, ale jeżeli wszystko pomyślnie się ułoży, to jeszcze wrócę do Grímy i Sarumana.

Epilog

Shire.

Mała ojczyzna hobbitów, oddalona od spraw wielkiego świata o wiele, wiele mil. Położona na uboczu i, zdawać by się mogło, całkiem zapomniana.

Kto by pomyślał, że właśnie tutaj rozpoczną się wydarzenia, które zupełnie zmienią porządek (Saruman dla przekory powiedziałby: „bałagan", bo oczywiście porządek mógłby istnieć tylko wtedy, gdyby to on sprawował rządy) panujący dotychczas w Śródziemiu? Gríma pokręcił głową ze zniechęceniem i porzucił myśli o tym co było. To nie był najlepszy czas na takie rozważania.

Wcześniej nigdy by mu przez myśl nie przeszło, że znajdzie się aż tutaj, tak daleko na północ od okolic, w których spędził całe swoje życie. Cóż, chcąc przy tym życiu pozostać, musiał podjąć zdecydowane działania.

Wyemigrował z Riddermarchii, solennie poprzysięgając sobie nigdy już tam nie powracać. Jako wyrodny syn rohańskiej ziemi za ojczyzną nie tęsknił wcale; pewien też był, że za nim płakać nikt nie będzie. Najistotniejszą kwestią, która skłoniła go do podjęcia wędrówki, było niezbyt miłe przeświadczenie, że obecnie zajmuje jedno z czołowych miejsc na liście osobistych wrogów młodego króla Rohanu. A że dodatkowo po zakończeniu wojny lista najbardziej wpływowych przeciwników rohirrimskiej monarchii znacznie się przerzedziła, to podejrzenie Grímy było całkiem uzasadnione. Trochę podróżował wozostopem, częściowo z braku innego środka transportu, ale również dlatego, że obiecał sobie nigdy więcej nie dosiąść żadnego czterokopytnego stworzenia. A tak przy okazji zbierał materiały do książki, którą zamierzał kiedyś w przyszłości opublikować pod wdzięcznym tytułem: „Jak nie należy hodować ryżu".

Gríma niewiele interesował się tym, co działo się w Śródziemiu. O zakończeniu wojny oczywiście wiedział. Słyszał tylko coś od wędrowców nadciągających z południa, że latem odbył się ślub elfiej księżniczki Arweny z Aragornem, cudownie odnalezionym następcą gondorskiego tronu, Saruman gdzieś zniknął, Fangorn rozprzestrzenił się w sposób niekontrolowany, a Biała Wieża w Minas Tirith ponoć była nawiedzona.


Wypada też wspomnieć parę słów o sytuacji powojennej na wschodzie.

Saurona ponoć szlag trafił, ale Minas Morgul dalej stało na miejscu. Kiedy zbrojna delegacja z Gondoru udała się do twierdzy, w celu przejęcia jej w posiadanie, czekała ich niemiła niespodzianka. Okazało się, że zamieszkuje ją dziewięciu podejrzanie wyglądających osobników, znanych skądinąd jako Nazgûle. W ich imieniu przemawiał niejaki Khamûl (jego przełożony podobno był niedysponowany, dochodził do siebie i kurował obrażenia zadane mu w bitwie na polach Pelennoru). Tak mu się udało skołować Gondorczyków, że tamci dali się przekonać, że Minas Morgul bezsprzecznie należy do Nazgûli i Zachód ma się od niego odczepić. Jeżeli chodziło o stronę prawną, sprawa znajdowała się obecnie w toku. Formalnie był to Gondor, ale jakoś nie znaleźli się chętni, którzy odważyliby się stanąć twarzą w twarz... a raczej twarzą w pustkę pod kapturem z którymkolwiek z Nazgûli, aby mu to oświadczyć, o rozmowie z Dziewięcioma naraz nawet nie wspominając. Końcem końców Nazgûle zostały w Minas Morgul na stałe, powołując się na prawo zasiedzenia. Aby jakoś związać koniec z końcem przerzuciły się całkowicie na świadczenie usług w zakresie Nazgûl Horse Ekspress. Pod dyskusję poddano również projekt wskrzeszenia „Mordownika" (oczywiście pod zmienionym tytułem), ale pomysł ten jakoś upadł, zapewne dlatego, że docelowi odbiorcy zostali podczas wojny mocno przetrzebieni.


Gríma zatrzymał się na środku piaszczystej i zakurzonej drogi. Otarł pot z czoła i kontrolnie rzucił okiem na niebo. Ani jednej chmurki, nic kompletnie, tylko silnie świecące słońce. Aż za bardzo, jak na jego gust. Kto to widział, żeby tak grzało na jesieni? Mógłby kto pomyśleć, że to środek lata. Żeby to tak Nazgûl pogonił... A może tym razem zemścił się na nim zwyczaj ubierania się w praktyczną czerń? Nieważne. Nie miał czasu na głupoty i jeśli chciał jeszcze dziś zostawić za sobą tę dziurę, to musiał się pospieszyć. Nie miał żadnych konkretnych planów na przyszłość, ale wizja jakiejś miłej, odludnej okolicy, gdzie nie sięgałyby wpływy wszystkich jego wrogów, była nader kusząca. Pustelnikiem do końca życia zostać nie zamierzał; tymczasowo — być może. Gríma wyciągnął z kieszeni podręczną mapę Shire, oczywiście podprowadzoną jeszcze z biblioteki Sarumana. Skrzywił się mimowolnie. Szczegółowa to ona nie była. Odwzorowanie również czysto dowolne. Chyba jakiś pijany ork ją rysował. Pełen niesmaku dla braku staranności, jaką przejawiał autor, Gríma usiłował odnieść do rzeczywistości informacje, które można było wyczytać z mapy.

Wedle tego dzieła kartografii stał na głównej ulicy Hobbitonu. Nie ma co, metropolia, gdzie ruch nie przekracza dwóch furmanek na godzinę. Rozejrzał się dookoła. Wszędzie te same widoki. Zielone pagórki, pola, żywopłoty wzdłuż ulicy, gdzieniegdzie drzewa, a w oddali strumyk. I mnóstwo identycznie wyglądających hobbickich norek. Wsi spokojna, wsi wesoła. Postanowił zapytać się kogoś o drogę. Jednak, jak na złość, nikogo nie było w pobliżu. Tylko grupka jakichś niedorostków, w wieku tak od pięciu do siedmiu lat, zgromadzona w jednym z ogródków, gapiła się na niego z takim natężeniem, jakby miał co najmniej dwie głowy. Kto wie, może wizyty Dużych Ludzi były tu rzadkością? Najlepiej będzie wynieść się stąd jak najprędzej i nie zwracać na siebie niepotrzebnie uwagi. Ruszył drogą, wypatrując kogoś, kto mógłby udzielić mu informacji. Miał szczęście, bo w pobliskim ogrodzie dostrzegł jednego ze „swoich". Później wielokrotnie miał pretensje do siebie, że w tym momencie coś mu nie zaświtało...

Na wygodnym, wyplatanym fotelu, odwróconym tyłem do ścieżki, siedział starzec i ćmił fajkę. Jasne, regularne obłoczki dymu rozpływały się w powietrzu. Miał długie, białe włosy i odziany był w jasne jak śnieg szaty. Był dobrze znany miejscowym i obecność tej ekscentrycznej postaci nikogo już nie dziwiła. Wieść gminna głosiła, że przybył do Shire zażyć wypoczynku.

W tym miejscu na usprawiedliwienie Grímy trzeba rzec, że ową postać widział pod słońce, co sprawiało, że nie miał możliwości przyjrzeć się jej dokładnie. Gdyby mógł to zrobić, zapewne odwróciłby się i zwyczajnie uciekł. Niekoniecznie z krzykiem, ale za to na pewno w pośpiechu.

Ale było już za późno.

— Przepraszam, czy wie pan może którędy... — zaczął i urwał, gdy ujrzał oblicze osoby, do której się zwrócił.

Starzec przyglądał mu się przez chwilę uważnie.

— Kogo to ja widzę? — zaczął chłodno.

Gríma zdębiał.

„Kto by przypuszczał, że on... tutaj... w Shire".

Znalazł się przed obliczem Sarumana.

— Doskonale, że jesteś! — rzekł Czarodziej z ożywieniem, już zupełnie innym tonem.

Jedyną reakcją, na jaką zdobył się Gríma, było wytrzeszczenie na niego oczu.

— Zdążyłeś w samą porę na herbatę! Mamy do omówienia wiele spraw. Zaczniemy od twojego kontraktu, a potem możemy przejść do... innych, wielce istotnych rzeczy. Mam nowy, genialny pomysł i właśnie doszedłem do wniosku, że przydałby mi się pomocnik...

— Ale przecież... — zaczął Gríma ostrożnie.

Saruman lekceważąco machnął ręką.

— Nic nie mów. Na wszelki wypadek staram się nie pamiętać o tym, co było. A teraz siadaj — rzekł, wskazując mu drugi fotel.

Gríma westchnął w głębi duszy.

O nie, znów się zaczyna, pomyślał. Teraz nie było już żadnych szans na wykonanie strategicznego odwrotu w celu wycofania się na z góry upatrzone pozycje. Pozostawało tylko przyjąć ofertę Czarodzieja, jaka by nie była, i cieszyć się z jednej rzeczy.

Tym razem tę przeklętą herbatę zrobił ktoś inny.

Koniec