Nowy dzieciak coś szykował. Tony był tego pewien.I nie mógł pozbyć się wrażenia, że plany te niebezpiecznie ocierały się o jego osobę.
Podstarzały nauczyciel fizyki obrzucił go karcącym spojrzeniem, więc Tony z westchnieniem pochylił się nad podręcznikiem i nie przykładając do tego, co robi, większej uwagi, zaczął rozwiązywać losowe zadanie. Dawno już skończył wszystkie polecenia, jakie pan Ropuch (Tony nadał mu to przezwisko po postaci z któregoś ze starych filmów dla dzieci) zadał klasie w związku z dzisiejszym tematem, tak samo jak i te przeznaczone do domu, ale jakoś wolał się tą informacją nie dzielić; nie wydawało mu się, żeby Ropuch docenił jego wysiłek na tyle, żeby pozwolić mu na zajęcie się problemami, które dla odmiany warte były jego czasu.
Jego ręką automatycznie kreśliła banalnie proste równania, podczas gdy Tony w dalszym ciągu zastanawiał się, co takiego może chodzić po głowie Lokiego.
Cały czas czuł na sobie wbite zza długich rzęs spojrzenie bruneta, pozornie tak samo jak Tony skupionego na rozwiązywaniu równań.
Z jakiegoś powodu, kiedy Loki Laufeyson coś knuł, nawet Tony Stark zaczynał się denerwować.
Stanie w kolejce po lunch ciągnęło się w nieskończoność. Tony przypomniał sobie, jak zdecydowanie odrzucił propozycję Happy'ego, gdy ten przedstawił mu na początku roku ofertę prywatnego cateringu. Za pomocą pewnej ilości podchodów, niedomówień i kilku ordynarnych oszustw, udało mu się uzyskać podpis Howard pod jego kartą aplikacyjną do publicznej szkoły oddalonej o około godzinę jazdy od posiadłości (gdyby ktoś spytał Starka seniora, usłyszał by całkowicie przekonaną o swojej racji odpowiedź że jego syn uczęszcza do najlepszej prywatnej instytucji kształcącej w Nowym Yorku), chciał więc jak najbardziej wtopić się w resztę uczniów. W tej chwili zaczynał żałować swojej stanowczości.
Obok niego Bruce z zapałem opowiadał o ostatnich badaniach czołowych ośrodków fizyki jądrowej w Europie. Tony słuchał go zaledwie jednym uchem, jego myśli nadal krążyły wokół Lokiego.
Stark nie był pewien, co tak właściwie łączy go z brunetem. Znali się zaledwie tydzień. Loki niedawno został przeniesiony do szkoły; Tony mgliście przypominał sobie nauczycieli wspominających coś o podróżach jego matki. Nie wiedział, dlaczego Loki zdecydował, że akurat on stanie się odstępstwem od ewidentnego postanowienie ignorowania wszystkich pozostałych uczniów. Nie żeby dodatkowe towarzystwo mu przeszkadzało, Loki był całkiem bystry i jako jeden z nielicznych nadążał za gnającym na złamanie karku tokiem myślowym Tony'ego. Czasem wtrącał nawet swoje pomysły, lub zwracał Tony'emu uwagę na jakiś istotny szczegół, który pominął.
Wreszcie bogowie zadecydowali, że wystał swój dzienny przydział w kolejce i postać w białym czepku zwróciła się w jego stronę, a Tony nareszcie mógł zamówić swoje jedzenie. Odszedł kilka kroków z tacą w wyciągniętej ręce i poczekał na Bruce'a, odbierającego własny posiłek chwilę po nim.
Chłopcy usadowili się przy swoim zwykłym stole, w pobliżu okna z widokiem na całe boisko. Bruce w dalszym ciągu opisywał któryś z ciekawszych eksperymentów nad promieniowaniem neutronowym. Potakując mu, Tony dzielnie dźgnął leżącą przed nim sałatkę.
Zdecydowanie zaczynał żałować.
- Można? - usłyszał głos po swojej prawej. Staroświeckie określenia, jak jedwabiście elegancki, same wepchnęły się do jego myśli.
- Oh, cześć Loki. Yhm, jasne, siadaj. - Bruce odpowiedział, usiłując brzmieć przyjaźnie, nim Tony zdążył zareagować.
Loki położył swoją tacę tuż obok tacy Starka i usiadł. Uśmiechnął się uprzejmie w odpowiedzi na starania Bannera.
Tony poczuł jak jego ciało sztywnieje. Czuł się jak zestresowany kandydat w czasie rozmowy o pracę, jakby każdy jego ruch czy słowo były dokładnie obserwowane i oceniane. W dodatku nie mógł się pozbyć wrażenia, że bardzo, ale to bardzo nie chce wypaść źle.
Nie zarejestrował, że Loki coś do niego mówi, póki nie zobaczył kątem oka jego poruszających się ust.
- Co takiego? - spytał, widząc że najwyraźniej oczekuje się od niego odpowiedzi. Loki zmarszczył jedną brew.
- Mówiłem, że już niedługo zmiana partnerów na zajęciach chemii. Chcesz być ze mną w parze? - powtórzył, jego ton był mniej melodyjny niż zwykle, na skutek zniecierpliwienia.
Stark nadział na widelec parę frytek, zastanawiając się. Jego partnerami zawsze byli na zmianę Clint i Steve. Obaj potrzebowali każdej pomocy, jaką mogli zyskać, była to zatem taka ich nieformalna umowa. Z zaskoczeniem stwierdził jednak, ze propozycja Lokiego wydała mu się interesująca. Coś mu mówiło, że mogliby osiągnąć całkiem owocną współpracę. Albo to, albo powysadzać się nawzajem.
Przybycie reszty ich paczki, z całą pewnością głośne i zauważalne, przerwało myśli Tony'ego. Poczuł dłoń Clinta na ramieniu, gdy ten, nie przerywając głupiutkiej historyjki, którą opowiadał pozostałej dwójce, zatrzymał się tuż za nim. Taca Bartona pojawiła się jakby z powietrza, między jego własną a tą należącą do Lokiego, rozpychając obie wspomniane na boki. Jej właściciel, zanoszący się śmiechem z właśnie opowiedzianej puenty, wcisnął się pomiędzy Tony'ego a bruneta, jakby była to najnaturalniejsza rzecz na świecie. Stark podejrzewał, że jego kumpel nawet nie zanotował faktu obecności Laufeysona przy stole. Zepchniętemu na bok Lokiemu nie pozostała inna opcja, jak posunąć się, robiąc Clintowi miejsce. Tony złapał jego wzrok, duszący wewnątrz nieme błyskawice.
Steve i Natasha zajęli miejsca na przeciw trójki, po obu stronach Bannera. Kompania miała świetne nastroje, dzięki odwołanemu testowi z biologii, przy stole zapanowało zatem przerzucanie się beztroskimi opowiastkami jak i przyjacielskimi docinkami.
Tony skrzywił się teatralnie, udając, że dotknęła go uwaga Natashy, po czym odgryzł się w stronę Clinta. Zaśmiał się szczerze, wraz z wszystkimi, widząc urażony wyraz twarzy Bartona.
Cały czas był boleśnie świadom wbitego w siebie, świdrującego spojrzenia zielonych oczu.
Ich kolor, pomyślał niespodziewanie, będzie mi się śnił po nocach.
Nie była to nieprzyjemna myśl.
Następnego dnia spotkał bruneta przy szafkach. Powróciło znajome uczucie; Loki bezsprzecznie coś planował.
- Rogaś! Co tam słychać w Bambie-lesie? - przezwisko nadał mu już pierwszego dnia, z powodu koszulki w której Loki się pojawił, przedstawiającej gościa z jakiegoś komiksu, w wielkim hełmie zaopatrzonym w długaśne, łukowato wygięte rogi. Za pierwszym razem reakcją, jaką uzyskał było chłodne spojrzenie, dające się odczytać jako "doprawdy, jeśli to wszystko, na co potrafisz się wysilić, lepiej zaoszczędź powietrza". Jedynym, co udało mu się od tamtego czasu osiągnąć, była ściana ignorancji.
- Irracjonalność twojego toku rozumowania, Stark, bywa nie do pojęcia.
- Mimo to uważasz, że jest niesamowicie gorący. - Tony pokiwał głową z emfatycznym zrozumieniem, szczerząc się jak idiota. - Nie można cię winić, któż mógłby się oprzeć temu ideałowi, którym jest Tony Stark.
Loki rzucił mu poniekąd wątpliwe spojrzenie.
Odpowiedział wesołym śmiechem.
- Więc... - zaczął, opierając się o szafkę, z cichym, metalicznym odgłosem.
Przerwało mu pojawienie się Clinta i Bannera. Clint z wyraźną ostrożnością niósł podłużne zawiniątko.
- Hej wam! - zakrzyknął w stronę Tony'ego i Lokiego.
Stark odwrócił się w jego stronę, obserwując jak delikatnie wkłada owinięty w gruby materiał przedmiot do szafki. Posłał Bartonowi pytające spojrzenie. W odpowiedzi Clint uśmiechnął się konspiracyjnie i pokręcił głową. Stark westchnął, dbając o odpowiednio dużą dozę przesadnego dramatyzmu.
- No wiesz, najlepszemu kumplowi nie powiesz.
Barton wyszczerzył się, zamykając szafkę wraz z tajemniczym pakunkiem.
- A to twoim najlepszym kumplem nie jest Rhodey? Pamiętasz, kiedy chciałeś żeby skoczył do sklepu po orzeszki.
Loki cofnął się dwa kroki - dopiero po tym geście Tony zauważył, jak blisko stali. Spojrzenie bruneta wróciło do poprzedniego, emanującego aurą knucia, stanu.
- Czy ty wszędzie chodzisz z obstawą? - zapytał z nutą kpiny.
Loki rozglądał się znudzonym wzrokiem. Szkolne zajęcia nigdy nie przedstawiały sobą żadnego wyzwania, ale przynajmniej udawały, że próbują go czegoś nauczyć. Zaś to było całkowicie perfidnym marnowaniem jego czasu. Z nudów zdążył już zaplanować kilka na prawdę paskudnych psikusów, których i tak nie zamierzał kiedykolwiek wykorzystać. Robienie kawałów tym ludziom było tak proste, że aż traciło cały urok. Choć, oczywiście, zdarzały się wyjątki.
Jego myśli powróciły do tematu Antony'ego Starka. Już pierwszego dnia, kiedy postawiono go przed tą bandą mdłych, nieciekawych przedstawicieli rasy licealistów i zmuszono do przebrnięcia przez całą, nikogo nie obchodzącą procedurę przedstawiania się, Stark przyciągnął jego uwagę. Nie był tak beznadziejnie głupi jak pozostali i nie zamierzał dawać sobie wciskać kitu, ze jest inaczej. Loki natychmiast rozpoznał podobieństwo dusz. I wcale nie przeszkadzało mu, gdy odkrył, że Stark pociąga go także fizycznie. Więc coś ciągnęło go do tego chłopaka. Ok.
A jeśli Loki czegoś chce, jest zdecydowany to dostać.
Tyle że Tony nie wykazywał współpracy. Jak na przykład przez ostatnie dwa dni. Czy to coś złego, że Loki chciałby potrzymać chłopaka, który mu się podoba, za rękę? A Stark nic, tylko lata z całą tą swoją bandą tak zwanych przyjaciół.
Przerzucił wzrok z małego okna na nauczyciela, zagłębionego bez reszty w czytaną książkę. Zapewne nawet by nie zauważył, gdyby Loki po prostu wstał i wyszedł z sali. Brunet zgarnął zeszyt i pióro do torby. Spróbowanie nie boli.
Jedną ręką naciskał już klamkę, gdy za nim rozległ się cienki i piskliwy, choć bez wątpienia chłopięcy głos.
- Panie profesorze, Loki próbuje uciec!
Loki odwrócił się kocim ruchem i wbił w niskiego chłopaka żądny krwi wzrok. Victor. Victor van jakiśtam.
Nauczyciel oderwał się od lekko pożółkłej strony. Spojrzał na Lokiego z pełną mocą swojej profesorskiej wyższości.
- Wybiera się pan gdzieś, panie Laufeyson?
Niski chłopak sprawiał wrażenie bardzo zadowolonego. Loki zwrócił się ku biurku nauczyciela.
- Tylko do toalety, panie profesorze. - odparł, starając się zasłonić sobą trzymaną w lewej dłoni torbę. Niestety bez sukcesu.
- W takim razie po co panu ten plecak? Odłóż go na ławkę i możesz wyjść. Na przyszłość, masz się spytać o pozwolenie, zanim opuścisz swoje miejsce.
Loki zrobił, co mu kazano, mamrocząc ciche "tak, proszę pana".
Szkolny korytarz był idealnie pusty. Ruszył przed siebie, nie kierując się w żadne konkretne miejsce. Wszystkie klasy już dawno skończyły zajęcia, nie musiał się martwić, że wpadnie na kogoś. Zamierzał po prostu przejść się w tą i z powrotem, zawsze to jakaś odmiana od siedzenia w dusznej klasie w towarzystwie Victora van kabla.
Zatopiony we własnych myślach, wyszedł zza zakrętu koło gabinetu pielęgniarki, gdy ujrzał postać w znajomej koszulce Black Sabbath pochyloną przy automacie z napojami.
Zatrzymał się, nie pewny co powinien zrobić. Chłopak przy automacie otworzył Colę bębniąc palcami po puszce, w rytm muzyki ze słuchawek.
Za chwilę obróci się i zda sobie sprawę z obecności Lokiego, przemknęło przez myśli bruneta.
- Stark. - uznał, że lepiej będzie, jeśli sam zwróci na siebie uwagę.
Chłopak podskoczył, zaskoczony cudzym głosem. Wolną ręką wyciągnął z uszu słuchawki, dało się usłyszeć dobiegające z nich dźwięki "Highway to hell".
- O, hej Rogaś! Nie powinieneś być już w domu?
Jego głos brzmiał, jakby usta same zadały pytanie, bez najmniejszego udziału świadomości, zajętej zupełnie gdzie indziej.
- Coulson zatrzymał mnie po lekcjach za wysmarowanie czarną pastą przepaski dyrektora. - Loki postanowił mimo wszystko udzielić mu informacji. Jego usta z własnej woli wygięły się w łobuzerski uśmieszek, kiedy wspomnienie wściekłego Fury'ego stanęło mu przed oczyma.
- Wow, to musiało być coś. - odparł Tony, z podobnym uśmiechem. Tym razem jego ton zdawał się przytomniejszy a i spojrzenie, które przez krótki moment spoczęło na Lokim rzeczywiście patrzyło na niego.
W zasadzie miał wrażenie, że Tony dopiero teraz zdał sobie sprawę z faktu, że prowadzą rozmowę.
Zrobił krok w jego stronę.
- A ty co tu robisz, Stark? Zajęcia skończyły się dobrą godzinę temu.
Tony wzruszył ramionami.
- Tak jakoś nie miałem co z sobą zrobić. Asystentka ojca zadzwoniła, że przyjmuje dzisiaj jakiś ważnych gości i wolałby żebym nie krzątał się po domu i nie przeszkadzał. - powiedział to tonem, sugerującym że wszystko mu jedno. W rzeczywistości dawno już przestał się przejmować tego rodzaju telefonami od kochanego staruszka; a przynajmniej usilnie chciał w to wierzyć. - Zwykle w takiej sytuacji wpadam do Bruce'a albo Rhodey'a, ale dzisiaj obaj wyjątkowo szybko pognali do domów. Szkoda, zamierzałem wycisnąć z Clinta, co też z takim oddaniem kryje w szafce, pod tymi szmatami. - dokończył, wpadając w typowy dla siebie słowotok.
Loki wrzucił w automat kilka wyciągniętych z kieszeni monet. Maszyna zabuczała i uwolniła puszkę gazowanego napoju.
- Hm, ojciec z bratem mieli dziś jechać na ryby, więc skoro nie masz gdzie się podziać, możesz przyjść na parę godzin do mnie. Frigga, znaczy moja matka, będzie zachwycona. - zaoferował bardzo łaskawie.
Tony pociągnął spory łyk swojej Coli. Propozycja Lokiego wyraźnie go zaintrygowała.
- Jesteś pewny? - zaśmiał się - Potrafię zaleźć ludziom za skórę.
- Jakoś zniosę twoje towarzystwo. - odpowiedział z wyzywającą pewnością.
Stark zebrał swoją torbę z podłogi.
- Chwila, czy Coulson nie kazał ci zostać po lekcjach? I gdzie twoje rzeczy?
Zielone oczy Lokiego zabłysł satysfakcją.
- Znudziło mnie siedzenie w kozie.
Tony uśmiechnął się z zadowoleniem. Być może jednak ten dzień nie był aż taki zły. Nie śpiesząc się ruszył w kierunku wyjścia.
Poczuł jak dłoń Lokiego zaciska się na jego własnej. Na twarzy bruneta pojawił się wyraz sukcesu.
Tony uznał, że nie ma absolutnie nie przeciwko.
Więc, takie małe cóś mi powstało... Jeśli mi się uda, drugi rozdział planuję umieścić jeszcze w tym tygodniu. ^v^